czwartek, 23 lipca 2020

"Odrodzeni" Colleen Houck | Wyd. We Need Ya



Przebudzonych” Colleen Houck czytałam już jakiś czas temu. Studia, sesja i obrona licencjatu pochłonęły sporą część mojego czasu, więc dopiero teraz przychodzę do was z recenzją drugiej części tej egipskiej serii. Jako że udało mi się w końcu znaleźć chwilę, aby skończyć „Odrodzonych”, mogę podzielić się z wami opinią na temat kolejnej książki autorki. Czy ta część podobała mi się tak samo, jak pierwsza?

Lily Young, po przygodzie w Egipcie, wraca do domu i wyjeżdża na wakacje do babci. Nie ma pojęcia, że w tym samym czasie jej ukochany, Amon, przeniósł się do krainy umarłych, gdzie każdego dnia musi walczyć o przetrwanie. Poznawszy, czym jest prawdziwa miłość, egipski książę nie zamierza wypełniać dalej swojego zadania i chronić ludzi.
Lily, która jest w posiadaniu podarowanego jej przez Amona skarabeusza sercowego, odkrywa, że magiczny przedmiot łączy ją z ukochanym. Nastolatka postanawia wykorzystać tę niezwykłą więź, aby uratować świat i wyzwolić Amona od bólu”

Odrodzeni” to z pewnością ciekawa kontynuacja historii Lily, Amona i jego braci. Widać, że autorka miała konkretny, złożony pomysł, który konsekwentnie wcielała w życie. Fabuła ma sens, nawiązania do egipskiej mitologii są interesujące. Przeplatają się one z historią w taki sposób, że stają się jej elementarną, a zarazem nienarzucającą się częścią. Colleen Houck ma dużą wiedzę, jeśli chodzi o egipskie nawiązania, więc nie dziwi fakt, iż w ciekawy sposób łączy je ze stworzoną przez siebie opowieścią. Sama historia jest z kolei pełna bezustannej akcji. Gdy kończy się jeden wątek, od razu zaczyna się kolejny. Autorka nie daje swoim czytelnikom ani chwili na złapanie oddechu, przyznaję jednak, że sam początek książki, a więc około pięćdziesiąt pierwszych stron, jest stosunkowo leniwy. Początkowo ciężko było mi się wciągnąć ze względu na sporą ilość przydługich monologów Lily, które koncentrowały się głównie na tęsknieniu za Amonem.

Jeśli chodzi o bohaterów tej części, mam co do nich mieszane uczucia. Protagonistka, a więc właśnie Lily jest postacią, której charakter z jednej strony jestem w stanie polubić, a z drugiej, nie wnosi niczego do fabuły. Jej wewnętrzne monologi działały mi na nerwy, bo choć czasami zdarzało jej się wpaść na dobry pomysł i zachowywała się porządnie względem opowieści, nie mogłam nie zauważyć, że w co najmniej osiemdziesięciu procentach książki jej myśli stale uciekały w stronę atrakcyjnych przedstawicieli męskiej płci. Lily wzdychała niemal do każdego chłopaka/mężczyzny, jaki pojawił się na horyzoncie, co w połączeniu z jej na pozór porządną, wierną Amonowi postawą, wydało mi się pełne sprzeczności. Nawet jeśli miało to swoje „sensowne” wyjaśnienie - Lily nosiła przy sobie pewien przedmiot, który powodował, że każdy się do niej zalecał - nie podobało mi się zachowanie bohaterki, która sama z przyjemnością do nich lgnęła. Zdarzało się nawet, że zapominała o swoim ukochanym, co z kolei nakazało mi się zastanowić, jakie konkretnie właściwości miał ów magiczny przedmiot tj. „skarabeusz sercowy”.

Lily była ponadto bardzo niekonsekwentna, jeśli brać pod uwagę jej zachowanie. Z jednej strony chciała uratować Amona, z drugiej bardziej obchodziło ją to, że nie powiedziała ukochanemu we śnie, że go kocha, aniżeli to, aby zapytać o jego położenie, samopoczucie, czy jakiekolwiek szczegóły tyczące się krainy umarłych. Pojawiło się kilka niezrozumiałych przeze mnie, wręcz zbędnych wątków, które spokojnie można by pominąć, bo fabuła by się bez nich obyła. Same przemyślenia Lily także można by „okroić”, ponieważ większość z nich bazowała na tym samym. Na pochwałę zasługuje jednak pewien wątek, który sprawiał, że Lily miała różne osobowości (nie mogę zbyt wiele zdradzić, aby nie padły spoilery odnośnie do fabuły). W tym wypadku nie mam się do czego przyczepić, ponieważ został on dobrze poprowadzony, a same dialogi wypadały naprawdę porządnie. Z łatwością szło mi odróżnianie wypowiedzi poszczególnych postaci, więc książka dostaje ode mnie dużego plusa.

Co do reszty bohaterów, niektórych polubiłam bardziej, innych mniej. Bardziej polubiłam tych, którzy cechowali się oryginalnymi charakterami, a więc na przykład Horusa, lwicę Tię, czy chociażby przewoźnika Cherty’ego. Bracia Amona, jakkolwiek sympatyczni, waleczni i pomocni, byli do siebie tak łudząco podobni, że wciąż ich myliłam. W „Przebudzonych” miałam wrażenie, że autorka pokusiła się o wyraźniejsze rozgraniczenie ich osobowości i zainteresowań. W „Odrodzonych” z kolei ta różnorodność niestety szybko zanikła. Zakładam, że miało to związek z chęcią związania Lily zarówno z jednym, jak i drugim bratem. Wymagało to jednak „ułagodzenia”, a także „uromantyzowania” ich charakterów w taki sposób, aby Amon i Ahmos pasowali głównej bohaterce.

Odrodzeni” są napisani lekkim, przyjemnym stylem, dokładnie tak jak poprzednia część. Wbrew wszystkiemu, miło było wrócić do fabuły opartej na egipskich podaniach, do świata, w którym żyją bogowie, istnieje magia, a świat stopniowo pogrąża się w chaosie. „Odrodzeni” to opowieść o tym, jak wiele można poświęcić dla ukochanej osoby, a także, jak daleko potrafimy przesunąć granicę, byleby tylko znaleźć się blisko niej. To historia o niebezpiecznej magii, tęsknocie i wewnętrznych rozterkach, które sprawiają, że sami nie wiemy, w którą stronę powinniśmy zmierzać. Niestety, jest to równocześnie książka o rozbudowanej, a co za tym idzie, przydługiej fabule, którą spokojnie można by zamknąć w połowie stron, gdyby nie monologi Lily, a także segment oparty na ciągłej walce. Jakkolwiek pierwszy tom serii „Strażników Gwiazd” przypadł mi nawet do gustu, tak drugi nie sprawił mi już tak dużej przyjemności. Spokojnie mogłabym się obejść bez znajomości fabuły tego tomu i poprzestać na zakończeniu z pierwszego. Niemniej jednak, skoro już go przeczytałam, z chęcią sięgnę po trzeci tom, aby sprawdzić, jak zakończy się przygoda Lily i Amona. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz