niedziela, 3 stycznia 2021

"Blask choinki" A. Lis | Wyd. Czwarta Strona

Przyznaję, że po lekturze „Zapachu goździków”, a więc wcześniejszej świątecznej książki autorki, która niestety nie przypadła mi do gustu, nie sądziłam, że w najbliższym czasie sięgnę po jakąkolwiek powieść Agnieszki Lis. Traf jednak chciał, że dokładnie rok po lekturze pierwszej części, w moje ręce trafił „Blask choinki”, bezpośrednia kontynuacja przygód jej bohaterów. Cóż, nie ukrywam, że niesamowicie bałam się podchodzić do tej książki, nastawiając się raczej na dość przeciętną lekturę o zagmatwanej fabule i kolejnej serii bezsensownych dialogów. Czy moje przeczucia były słuszne, czy wręcz przeciwnie, znalazłam w tej opowieści odrobinę świątecznej magii?

Te święta będą naprawdę wyjątkowe.

Zaprzyjaźnione rodziny Klemensa i Arkadiusza uznają, że czas odpocząć od przedświątecznej krzątaniny. Tegoroczną Gwiazdkę decydują się spędzić w hotelu z widokiem na Tatry. Nie wszyscy jednak uważają, że świąteczny wyjazd do Zakopanego to dobry pomysł. Barbara z obawą obserwuje podupadającego na zdrowiu męża, przywiązany do tradycji Arkadiusz nieudolnie ukrywa, że wolałby spędzić ten czas w zaciszu własnego domu, a dawno niewidziany Dominik zjawia się w hotelu, aby wyjawić najbliższym skrywaną od dłuższego czasu tajemnicę.
Niespodziewane spotkania, nieśpieszne rozmowy i drobne radości, o których coraz częściej zdarza nam się zapominać. W Zakopanem każdy odnajdzie to, za czym naprawdę tęskni.”

Zwykle, tworząc recenzję, wspominam o tym, że choć nie mogłam przekonać się do początku książki, z czasem jej fabuła zaczęła przypadać mi do gustu, a bohaterowie zyskiwać moją sympatię. W tym wypadku było raczej odwrotnie. Choć bohaterowie wypadli nieco lepiej niż w przypadku pierwszej części, gdzie wiele ich cech działało mi na czytelnicze nerwy, tak i tutaj miałam do czynienia z takim namnożeniem postaci, że momentalnie zaczęłam się w nich gubić. Zdawać by się mogło, że nie tylko ja, bo sama autorka, uznając najwidoczniej, że będzie to problem dla wielu czytelników, dodała na początku swojej książki pokaźny spis bohaterów. Nie byłoby w tym może nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że tego typu spisy powinny stanowić jedynie dodatek do książki, a nie coś, co czego odbiorca musi wracać do kilka stron, bo nie ma pojęcia, o kim w danym momencie właściwie czyta. Niestety, tak stało się właśnie w „Blasku choinki”, gdzie autorka postanowiła opisać świąteczny wyjazd nie jednego, nie dwóch, ani nawet nie pięciu, a aż kilkunastu bohaterów! I tak jak zamysł mógł się wydawać efektowny, a sam motyw rodzinnych świąt w hotelu naprawdę interesujący, tak finalnie wyszedł z tego jeden wielki chaos.

Zacznijmy jednak od kwestii technicznych. Książka nie została napisana złym językiem, autorka nie poradziła sobie jednak z zapanowaniem nad tak liczną gromadą bohaterów. Dialogi większości z nich nie miały najmniejszego sensu, ograniczały się do krótkich rozmów o wypitym alkoholu, dzieciach, a także wspomnień o winnicy, której wątek pojawiał się we wcześniejszej książce autorki. Większość słów, które wypowiadali bohaterowie, do niczego nie prowadziła, zamiast tego sprawiała, że odbierałam ich jako zarozumiałych i niezainteresowanych niczym, prócz własną wygodą. Nie ma pojęcia, ile naliczyłam zachwytów nad serwowanym w hotelowej restauracji calvadosem, czy kawą. Odnoszę wrażenie, że na to samo by wyszło, gdyby bohaterowie udali się do pierwszego lepszego sklepu, zaopatrzyli w beczkę wina i koniec końców spędzili święta w domu, racząc się całymi dniami tylko i wyłącznie owym trunkiem. Zakładam, że nie zauważyłabym zbyt dużej różnicy, zważywszy że mało było w książce momentów, kiedy to autorka opisywała otoczenie inne niż to restauracyjne.

Gdzieś w połowie książki miałam autentyczną ochotę ją odłożyć i do niej nie wracać. Jako że nie mam jednak w zwyczaju przerywać historii, które już zaczęłam, z bólem przemogłam się, aby czytać dalej. Motywowała mnie chęć sprawdzenia dwóch rzeczy. Po pierwsze: czy poczuję towarzyszącą książce świąteczną atmosferę i po drugie: czy finalnie ta będzie niosła za sobą jakiś ważny przekaz. Jeśli chodzi o grudniowy klimat, miałam chyba zbyt duże oczekiwania, bo nie poczułam go niemal w ogóle. Autorka wolała skupić się na rozbrykanych dzieciach, alkoholu i dawno rozwiązanych problemach bohaterów, aniżeli na skrzącym się śniegu, zapachu potraw wigilijnych, czy blasku choinkowych lampek. Co do drugiej rzeczy, a więc przekazu, jak można się domyślać, niekoniecznie jakikolwiek się tutaj pojawił. Fabuła w gruncie rzeczy do niczego nie prowadziła, święta przyszły i odeszły, a ludzie tak jak pili calvadosa przed nimi, tak i pili go po nich. W tle działy się co jakiś czas jakieś małe wydarzenia, takie jak chwilowe zaginięcie jednego bohatera w górach, wyznanie tajemnicy przez innego, czy nawet śmierć kolejnego. Wszystko to jednak działo się tak szybko i „za kulisami”, że mnie, jako czytelniczkę, niemal w ogóle to nie poruszyło.

Podsumowanie: Z bólem muszę stwierdzić, że „Blask choinki” to kolejna książka Agnieszki Lis, której zdecydowanie nie potrafiłabym nikomu polecić. Bohaterów jest za dużo, fabuła do niczego nie prowadzi, a dialogi są tak źle poprowadzone, że czytelnik zwyczajnie męczy się, usiłując rozgryźć ich sens. Jeśli ktoś czytał „Zapach goździków” i nie ma pewności, czy warto sięgnąć po kontynuację, moim zdaniem nie. Nawet nie to, że nie warto, co zwyczajnie nie ma takiej potrzeby, bo fabularnie druga część niewiele wnosi do życia bohaterów. To miło, że autorka chciała opowiedzieć swoim czytelnikom o ich dalszych losach, niemniej jednak jej błędem było to, że próbowała skupić się na wszystkich jednocześnie. Ze swojej strony mogę napisać tyle, iż mam nadzieję, że jej kolejne książki będą związane z mniejszą ilością postaci. Zdecydowanie wyjdzie jej to na dobre, bo widać, że pisać lubi i potrafi. Przynajmniej pod względem językowym.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz