piątek, 18 września 2020

"Na zawsze, ale z przerwą" Taylor Jenkins Reid

Z twórczością Taylor Jenkins Reid spotykam się nie po raz pierwszy. Czytałam napisane przez nią „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”, a także „Daisy Jones&The Six”. Polubiłam się z jej stylem, umiejętnością przedstawiania bohaterów w taki sposób, że po przeczytaniu wspomnianych wyżej książek, byłam święcie przekonana, że nie ma opcji, aby autorka opisywała fikcyjne postacie. Tym bardziej teraz, kiedy dostałam możliwość zapoznania się z pierwszą wydaną historią autorki – jej debiutancką książką – nie mogłam odpuścić takiej okazji. Byłam bardzo ciekawa, od czego zaczynała amerykańska powieściopisarka, która obecnie jest jedną z bardziej pożądanych przez świat czytelniczy autorek.

Na zawsze, ale z przerwą” to opowieść o Elsie, młodej, przyzwyczajonej do monotonii bibliotekarce, na której drodze staje pewnego dnia niejaki Ben. Para rozumie się tak dobrze, że już niespełna pół roku później bierze ślub. Wydawałoby się, że młode, niewidzące świata poza sobą, małżeństwo jest sobie przeznaczone. Że od tego momentu Elsie i Ben będą kroczyć razem jedną i tą samą ścieżką.

I właśnie wtedy, dziewięć dni po ślubie, mężczyzna ginie w wypadku samochodowym”.

Przyznaję, że „Na zawsze, ale z przerwą” pod względem fabuły jest z pewnością oryginalną książką. Nieczęsto czyta się w końcu historię, w której jeden z kluczowych bohaterów ginie już w pierwszym rozdziale. Pod tym względem nie da się odmówić Taylor Jenkins Reid, że skoczyła na głęboką wodę. Pisząc swoją pierwszą powieść (pamiętajmy, że to debiut), pokusiła się o poruszenie naprawdę trudnego tematu, jakim jest strata bliskiej osoby. Mało tego, to właśnie na owej stracie – na żałobie – z którą próbuje poradzić sobie główna bohaterka, autorka oparła całą fabułę.

Zacznę może od bohaterów. Najważniejsza jest, jak można się spodziewać, para głównych bohaterów, a więc Elsie i Ben. Aby przybliżyć czytelnikom postać Bena, autorka przytacza mu wydarzenia z przeszłości, a więc historię od dnia, w którym protagoniści spotkali się po raz pierwszy. To dość ciekawy zabieg, zważywszy że odbiorca od samego początku zdaje sobie sprawę, że bohater umrze. Mnie samej wydawało się, że w takim wypadku nie będę w stanie „zbliżyć się” do Bena. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy już po kilku rozdziałach zdążyłam się do niego przywiązać do tego stopnia, że miałam cichą nadzieję na całkiem inne zakończenie. Liczyłam, że autorka postanowiła potrzymać czytelników w niepewności, bo w rzeczywistości finał historii okaże się całkiem odmienny od jej początku. Że jakimś cudem Ben przeżył i razem z Elsie będziemy mogły dłużej cieszyć się jego obecnością.

Sama Elsie jest dla mnie z kolei dość... problematyczną bohaterką. Nie chodzi mi jednak o samą kreację postaci, ale o zachowanie, z którym nie dane jest mi się utożsamiać, bo sama nigdy nie przeżyłam podobnej tragedii (na szczęście). Dziewczyna bardzo przeżywa śmierć męża. Ponieważ jej małżeństwo trwało zaledwie kilka dni, Elsie jest traktowana przez rodzinę Bena wyjątkowo chłodno. Mężczyzna nie powiedział nikomu o tym, że jest w związku, nie wspomniał tym bardziej o planowanym ślubie, toteż nie dziwi fakt, iż jego bliscy są zaskoczeni, kiedy ni stąd, ni zowąd, na horyzoncie pojawia się tajemnicza „żona zmarłego”. Tym sposobem Elsie, która już i tak zmaga się z bolesną stratą, musi na domiar złego na każdym kroku udowadniać, że nie jest oszustką.

Potrafię zrozumieć rozpacz Elsie. Potrafię zrozumieć doskwierającą jej samotność, a nawet to, że mimo oferowanej jej z wielu stron pomocy, kobieta za wszelką cenę nie chce przyjąć wyciągniętych dłoni. Każdy na swój sposób radzi sobie z żałobą. Nie każdy chce zapomnieć, zacząć żyć od nowa. Wielu wydaje się, że jeśli na powrót poczują, czym jest szczęście, na swój sposób dopuszczą się zdrady. Potrafię też jednak zrozumieć mamę Bena, Susan, która początkowo nie ufa swojej nowo poznanej „synowej” i traktuje ją z dystansem. Rozumiem także przyjaciółkę Elsie, która ze wszystkich sił próbuje wspierać zrozpaczoną kobietę. Jej irytację spowodowaną poczuciem, że główna bohaterka nie tylko dobrowolnie spycha się w otchłań rozpaczy, ale też poniekąd podnosi kwestię, że przecież należy jej się uwaga. Że to ona, z racji swojego cierpienia, ma wyłączne prawo do bycia obdarowywaną ciepłymi uczuciami. I to, przyznaję, nieco mnie denerwowało. Elsie niekiedy aż za bardzo skupiała się na emanowaniu swoim smutkiem. Zupełnie zapominała o tym, że cierpienie nie jest zarezerwowane wyłącznie dla niej, bo nie tylko ona straciła bliską sobie osobę.

Moim zdaniem autorka dobrze opisała w „Na zawsze, ale z przerwą” uczucia, jakie towarzyszą osobom w żałobie. Ich niewyobrażalne cierpienie, poczucie, że jeśli tylko zaczną pozbywać się ze swojego życia rzeczy drugiej osoby, wymażą ją z własnej pamięci. Dobrze, nie znaczy jednak doskonale. Książka bowiem, choć odpowiednio poprowadzona, nie wzbudziła u mnie szczególnie burzliwych emocji. Nie poruszyła mnie tak, jak zdawać by się mogło, powinna poruszać książka opowiadająca o radzeniu sobie ze śmiercią. Choć było mi przykro, czytać o szczęśliwych dniach bohaterów, kiedy miałam świadomość, że te szybko minął, fabuła nie wycisnęła z moich oczu łez.

Na zawsze, ale z przerwą” to smutna opowieść, która próbuje uświadomić czytelnikowi, że każdą tragedię da się przetrwać. To historia o rozczarowaniu nieprzewidywalnością życia, a także akceptowaniu nieuchronnego. O miłości, która wcale nie musi rozwijać się latami, aby można ją było traktować na poważnie. O spontanicznych decyzjach, a także przewrotnym losie, który sprawia, że jednego dnia zyskujemy, aby następnego stracić. O smutku, któremu nie pozwalamy odejść, aby nie zapomnieć o poczuciu winy. O tym, że czasami pomoc nadchodzi z miejsca, które wydaje nam się najbardziej odległe...

Na zawsze, ale z przerwą” to połączenie romansu, obyczajówki i dramatu. Wszystkiego jest w tej książce po trochu, co może powodować wrażenie, że nic w niej nie przeważa i nie wybija się na pierwszy plan. Zamiast prostej historii, czytelnik ma do czynienia z opowieścią, przez którą zaczyna czuć wyrzuty sumienia. Zakłopotanie tym, że podgląda życie szczęśliwej, cieszącej się związkiem kobiety, która w przeciwieństwie do nas, nie wie jeszcze, że niebawem cały jej świat wywróci się do góry nogami. Że radość zamieni się w cierpienie, a poczucie celu w zagubienie.

Nie ukrywam, że książka została napisana przystępnym, a zarazem porządnym językiem. Różni się znacząco od kolejnych dzieł Taylor Jenkins Reid, więc nie zamierzam porównywać jej z przyszłymi historiami autorki. Mogę za to z pełnym przekonaniem napisać, że styl autorki z czasem rozwinął się pod względem kreacji bohaterów. Nabrali jeszcze więcej charakteru, zaczęli się wyróżniać. W „Na zawsze, ale z przerwą” bohaterowie nie są tak oryginalni. Mają swoje plusy i minusy, ale wiem, że nie zapamiętam ich tak, jak zapamiętałam Evelyn Hugo, czy Daisy Jones i członków zespołu The Six. W moim rankingu książek Taylor Jenkins Reid, ta nie wysunęła się na prowadzenie. Nie zmienia to jednak faktu, że czerpałam przyjemność z ów lektury. Uważam, że to ciekawa pozycja, po którą, choćby z ciekawości, powinien sięgnąć każdy fan twórczości powieściopisarki.

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz